Emigranci


Grać Mrożka na poważnie...

Miała być "Końcówka" Becketta, a są "Emigranci" Mrożka. Tak czy inaczej, łódzki Teatr Mały wprowadził do repertuaru "głębszy sens", i to z wyższej półki. Stanął tym samym przed trudnym pytaniem, jak wystawiać dramat, tak silnie osadzony w innej niż współczesna rzeczywistości, by poruszyć dzisiejszego widza?
Uniwersalizm sztuki jeszcze nie oklapł, tekst nadal świetnie brzmi na scenie i w zasadzie sam się broni, zdecydowano się zatem na wierność jego literze. Wierność nawet bardziej ideom Mrożka, niż jego scenicznym wskazówkom. Oznaczało to odrzucenie formalnych eksperymentów, jak i uwspółcześniania na siłę oraz wyjątkowe uwrażliwienie na odpowiednie rozłożenie akcentów w relacjach między AA i XX (Marek Kasprzak i Mariusz Pilawski)

Scenografia Honoraty Łukasik umiejętnie wykorzystuje możliwości Teatru Małego. Boczne ciągi szpetnych rur kanalizacyjnych komponują się z wspierającymi niski pofabryczny strop kolumnami. Także z tymi, przy których siada publiczność. Świat "Emigrantów" wychyla się w stronę widza i pochłania go. Chciałoby się, aby i kolejne konstrukcje przestrzeni scenicznej równie finezyjnie pokonywały pozorne lokalowe niedogodności.

Trzon pozostaje z Mrożka: dwa łóżka, stół przykryty gazetami, dwa krzesła, obskurny zlew. Nad nim wisi fragment z już rozbitego lusterka. Od Mrożkowych szarości Łukasik woli jednak pastelowe gnijące zielenie. Podłogę zasłała porozcinanymi kartonami, kotarę zastąpiła odrapaną ścianą; za nią znajduje się przedpokój, a jednocześnie pakamera, w której panowie AA i XX gotują wodę. Z kolei przytulanka XX, "forsiasty" Pluto, to wypisz wymaluj pies Pankracy.

Reżyser Krzysztof Rościszewski, wierny Mrożkowi w zarysie, w szczegółach pozwala sobie na odrobinę wolności. Nie przeinacza przy tym sensów, ani nie interpretuje tekstu na nowo. Tylko, że w "Emigrantach" każdy inaczej potraktowany niuans może osłabić wymowę całości. Nie dochodzi do tego, gdy koniak, który w oryginale szybko uderza do głów, w "Małym" roztkliwia dopiero po wyżłopaniu pękatej butelczyny (aż do osunięcia się łkającego AA na podłogę). Można wybaczyć również brak śmiechu mieszkańców wyższego piętra domu w końcowym dialogu-monologu. "Szloch cichy, a potem coraz głośniejszy, rozdzierający" AA chyba jednak powinien się pojawić, jakkolwiek nie na miejscu mógłby się w dzisiejszym teatrze wydawać. Do rozważenia pozostaje kwestia, czy dzielenie zwartego spektaklu przerwą nie wytrąca aktorów z rytmu, a publiczności ze scenicznej rzeczywistości.

W bardzo dobrej formie aktorskiej jest Mariusz Pilawski, dyrektor Małego. XX w jego wykonaniu jest gruboskórny, popędliwy, prosty, wręcz prostacki. Opięte portki uwydatniają jego cielesność. Zaproponowaną mimiką scala nieporadność z tępotą. Skalę emocji oddaje plastycznie, unika monotonii i grania pod publikę. Marek Kasprzyk sprawdza się zwłaszcza, gdy mowa jest o etosie emigranta-intelektualisty. Zdarza się, że wyciąga z tekstu kwintesencję tej rozdartej, złożonej postaci. Może czasem brakuje mu wyrazistszej ironii, może obaj nie zawsze zawzięcie "kotłują się" na podłodze, za to sceny "przy-stolikowe", pomimo statyczności, pełne są wyczuwalnego napięcia.

Duet przede wszystkim jednak nie stara się rozbawić widza do rozpuku. I jest to dużą zaletą spektaklu w Teatrze Małym. W czasach do znudzenia rozchichotanych grać Mrożka na poważnie - dobrze, że się udało.

Łukasz Kaczyński
Dziennik Łódzki
2010-03-16

Emigranci

Dramat jest trudny do inscenizacji przede wszystkim dlatego, że w tekście z punktu widzenia dzisiejszych filmów akcji i współczesnej dramaturgii kompletnie nic się nie dzieje. Nie ma zmian scenografii, wszystko rozgrywa się w zaniedbanym pomieszczeniu sutereny, a cała akcja przebiega wyłącznie w warstwie słownej, utwór jest bowiem kilkugodzinną rozmową dwójki współlokatorów. Sam tekst jest niezwykle aktualny - można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w czasach, kiedy jedna piąta Polaków pracuje w Anglii i Irlandii nabrał on nowego wymiaru. Słuchanie dialogu przebywającego na obczyźnie robotnika, który dla swojego współtowarzysza inteligenta zawsze będzie obcą mentalnie jednostką sprawia, że gdybyśmy nie znali autora tekstu, moglibyśmy posądzić o jego napisane któregoś z dramaturgów młodego pokolenia. Tekst dotyka bowiem czegoś, co można nazwać „doświadczeniem pokoleniowym” - masowej emigracji w celach zarobkowych, którą umożliwiono Polakom przez otwarcie granic po obaleniu poprzedniego systemu.

W inscenizacji Rościszewskiego widzimy scenografię autorstwa Honoraty Łukasik, która jest wiernym odtworzeniem didaskaliów napisanych przez Mrożka, co niewątpliwie jest dużym atutem - dwa łóżka, na których leżą mężczyźni, stół i dwa krzesła, odrapana, zagrzybiona ściana, na której znajduje się obrzydliwy zlew (pod nim stoi wiadro, żeby woda miała dokąd spływać…) i kawałek potłuczonego lustra dają nam przedsmak tego, z czym każdego dnia borykają się bohaterowie - mieszkańcy znajdującej się pod schodami sutereny. Jedynym scenograficznym „zgrzytem” jest jedno z krzeseł - nowoczesny, lśniący metalicznym połyskiem mebel był tematem wielu rozmów w przerwie spektaklu, ewidentnie nie pasował bowiem do stylistyki przedstawienia. Oczywiście można się w tym doszukać ukrytych znaczeń, bowiem na nowym krześle, na zasadzie kontrastu, siedział robotnik, jednak celowość takiego zabiegu podważają reakcje publiczności, ten element przeszkadza w pełnym zanurzeniu się w dopracowanym, wiarygodnie przedstawionym świecie emigrantów.

Nieco zaskakująco zbudowane zostały relacje między bohaterami - Mariusz Pilawski stworzył niezwykle przekonującą rolę prymitywnego (z pozoru) robotnika budowlanego, który każdy ciężko zarobiony grosz odkłada (ukrywa pieniądze, zaszywając je w brzuchu maskotki), by po powrocie do kraju zbudować wymarzony dom dla swojej żony i dzieci. Inteligenta w wykonaniu Marka Kasprzyka charakteryzuje zbyt mała doza rezerwy i dystansu - zarówno w stosunku do współlokatora, jak i do wypowiadanych słów. Trudno powiedzieć, jakie było założenie reżysera, faktem jest, że między bohaterami istnieje zbyt mały rozdźwięk. Wycięcie fragmentu o freudowskiej interpretacji pochłaniania (jedzenia jako zagarnianie otaczającego świata - znany przykład freudowskiego mechanizmu przeniesienia) sprawiło, że bohater będący reprezentantem bardziej wykształconej części społeczeństwa nie miał okazji „popisać się” swoją wiedzą. W języku dobrych dramatów znajdujemy odzwierciedlenie otaczającego świata oraz relacji w nim panujących - w tym przypadku wycięty został fragment, który mógłby pomóc w zbudowaniu wyrazistej opozycji między AA i XX. Trudno powiedzieć, czy zadecydowała o tym silna osobowość sceniczna Mariusza Pilawskiego, czy też zamysł reżysera - rozdźwięk między bohaterami jest zbyt mały, co nie pozwala należycie wybrzmieć wielu istotnym kwestiom.

Jednak inscenizację wystawianą w Teatrze Małym w Manufakturze warto zobaczyć, przede wszystkim ze względu na uderzającą aktualność tekstu oraz spójność poszczególnych elementów spektaklu. Przerażająco współcześnie brzmią słowa XX, który stwierdza: „tyram, tyram i nic z tego nie mam”. Czy ta prawda nie tyczy zarówno „korporacyjnych szczurów” zbyt zajętych zarabianiem, by mieć czas na wydawanie, jak i większości naszego społeczeństwa, które zarabia dużo poniżej średniej krajowej? Niestety to robotnik budowlany, nie inteligent, reprezentuje problemy charakterystyczne dla większości Polaków. Mimo zmiany ustroju, która miała miejsce ponad 20 lat temu, w mentalności ludzi niewiele się zmieniło. Smutne, ale prawdziwe.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
03 lutego 2010


Stowarzyszenie Komedia Łódzka

Teatr Mały w Manufakturze
ul. Drewnowska 58b, 91-002 Łodź

Teatr Mały w Manufakturze

Manufaktura